Coś mi się zdaje, że nie skończyłam Wam opowiadać mojej „ekstremalnej” przygody, którą przeżyłam u siostry Ani i jej męża Tomka. W ramach przypomnienia napiszę tylko, że było to jakiś czas temu. Wpadłam z niezapowiedzianą wizytą do mojej spodziewającej się córeczki rodzinki i zastałam ich w trakcie „porządkowej rewolucji”. Relację z tej przygody zakończyłam, opisując, jak to mój szwagier przywitał mnie w drzwiach wręczając mi odkurzacz i mówiąc: „ Najtrudniejsze zrobione. Tobie zostało już tylko samo proste, czyli odkurzanie podłogi, dywanów, wykładzin itd.”.
W jego spojrzeniu było coś takiego, co powstrzymało mnie od wygłoszenia błyskotliwego komentarza o konieczności umycia sufitów. Zorientowałam się w porę, że w tym domu, przynajmniej w tym momencie, czystość jest najważniejsza. Prace porządkowe, których celem było pozbycie się z otoczenia choćby najmniejszej drobinki brudu, stały się dla tej szalonej parki priorytetem.
Nie kombinując więcej zabrałam się za realizowanie zleconych zadań, czyli w pierwszej kolejności odkurzanie podłóg, a następnie za opróżnienie kosza na śmieci, który znajdował się w kuchni. W tym pomieszczeniu natrafiłam na moją „opętaną” porządkowym szałem rodzinkę. Ania właśnie kończyła odkurzanie kaloryferów i dotarło do mnie, że na tym się nie skończy. Wytarcie kurzy ze wszystkich powierzchni to też będzie mało. Wskazywały na to liczne, zebrane wokół środki czyszczące. Przyglądając się im po kolei i czytając etykiety zrozumiałam, że w planach jest umycie i wypolerowanie armatury zlewozmywaka, mycie szafek z zewnątrz i wewnątrz, umycie zewnętrznej powierzchni lodówki, kuchenki mikrofalowej oraz piekarnika. No słowem „generalka”.
Troszkę się rozpisałam, a to już ta godzina. Zmykam umyć naczynia, które zostały w zlewozmywaku po lekkiej kolacji. Dokończę innym razem.